Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie krótko.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie krótko.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 stycznia 2015

Mam ojca idiotę

   Upały są najgorsze. Kiedy rano, lipcowe rano, wita nas słonecznym blaskiem i niemal bezchmurnym niebem, możemy tylko wyczekiwać upału. Skwaru lejącego się z nieba wprost na nasze rozmowy, picie południowej kawy w pracy, czytanie książki, wyjście do sklepu.
  Sobotnie, lipcowe rano przywitało takim skwarem. On czekał na swoją babcię, która lada chwila miała przyjechać. Faktycznie, zapomniałem wspomnieć, bo to było trochę przed południem. Od godziny siedział w domu sam i przeglądał książkę do matury, z historii. Babcia przyszła, odłożył książkę i porozmawiali chwilę.
-Mam ojca idiotę, czy to dobrze? - spytał On. Siedział z delikatnie przekrzywioną głową, skrupulatnie śledząc każdy ruch babci. Obierała ziemniaki i wrzucała je do miski z wodą. Co jakiś czas słyszał cichy plusk, co jakiś czas krople wody skapywały na obrus. Nie przerywała obierania, bo nikt jej nie kazał, On po prostu zadał pytanie. Kiedy ktoś na ulicy spyta nas, która jest godzina, nie przestajemy myśleć o włączonej listwie z prądem w domu. Albo przestajemy, ja nie wiem.
-Jak to, idiotę?
-No, jest idiotą, bo mama się zdenerwowała.
Zawsze, kiedy ktoś się denerwuje, drugi jest idiotą. Przy kłótni, przy kawie, przy wyprawie do sklepu w upalne, lipcowe południa. Zawsze ktoś jest idiotą. Idioci są wśród nas tak, jak socjopaci, jak niepełnosprawni, jak prawnicy, lekarze, aptekarze, jak mrówki i psy i jak lipcowe, upalne popołudnia.
Rozwiedli się parę tygodni później, mama z ojcem, idiotą. Już nie było problemu, bo jego ojciec już nigdy nie był idiotą. Mama już go tak nie nazwała. Przestał być idiotą, idiota.

wtorek, 13 stycznia 2015

Trzy dni w cztery strony umierania

  Usiadł na krześle naprzeciwko pracy, bo wziął L4, żeby pozostać w domu. Na zewnątrz świeciło słońce w ten wietrzny, teoretycznie mroźny i zimowy dzień. Świeciło słońce i był piękny dzień, dzieci były w szkole.

  Dokładnie cztery spośród czterech stron miał do napisania. Wszystko po polsku, bo w tym języku pisał. Kazali mu pisać po polsku, bo mieszkał w Polsce. Tu wychowali się jego dziadkowie i pradziadkowie, przeżyli wojnę i brak wojny, a potem gorsze i lepsze czasy. Obok pliku z różnymi dokumentami stał sok pomarańczowy i krople do nosa. Bardzo trapił go katar przed nadchodzącym odczytaniem przemowy. Ach tak, pisał przemowę na piątek.

  Dokładnie cztery strony od wtorku miał do napisania. W piątek miał nadejść trochę stresujący dzień, miał odczytać bohomazy. W piątek prognozowali ładną pogodę i dzieci w szkole, brak wojny i płaczu, krótkie manifestacje wielomilionowych tłumów, współczucie i radość, dość dużo pracy i otwarte piekarnie. Piekarnie zawsze były otwarte, nawet jak strzelali w innym państwie. 

   We wtorek napisał jedną stronę, strasznie zeżarł go leń, który w zasadzie rozkazał mu siedzieć i czekać na kolejny dzień. Miał dość szeroko otwarte oczy, niekiedy drżące ręce i pulsującą górną wargę. Często drapał kłykcie, podnosił łokcie, które tarły o niewygodny obrus, ruszał nogami. Ale przesiedział cały dzień i napisał jedną stronę we wtorek, a potem w środę tak samo. Przypadkiem w czwartek naszedł go spokój i ochota na napisanie reszty, bo zostały mu dwie strony. Miał czas do piątku, w zasadzie w piątek miał skończyć według planu, ale śmierć to nieobliczalna kurwa, więc napisał obie strony w czwartek i jak skończył, umarł. Nie było nikogo, bo wszyscy myśleli, że skończy pisać w piątek, w ten niekiepski dzień z dziećmi w szkole i babami w piekarni. Całe życie był leniem, ale dotrzymywał terminów jak mało kto. Tym razem mu się pojebało, więc umarł sam. Cóż, sam sobie był winien.